Obrzędy, zwyczaje i wierzenia

związane z okresem Świąt Bożego Narodzenia w dawnych Mokrzyskach.

Boże Narodzenie było zawsze świętem wielkim w tradycji polskiej i jak dawniej powiadano godnym, które należy obchodzić godnie.Zarówno Boże Narodzenie jak i poprzedzająca je Wigilia przypadają w porze zimowego przesilenia słońca.W przeszłości przed przyjęciem chrześcijaństwa w świecie antycznym i na ziemiach Prasłowian około 23-25 grudnia, kiedy to rozpoczyna się astronomiczna zima i przełom zimowy zapowiadający dłuższe dni i życiodajne światło dzienne, obchodzono uroczyście początek roku słonecznego, wegetacyjnego i obrzędowego.

Święta takie mieli również nasi przodkowie, od najdawniejszych bowiem czasów Wigilia otwierała nowy rok słoneczny i tradycyjny rok obrzędowy.Starzy ludzie powiadali więc, że „Boże Narodzenie, jest nie tylko dniem narodzin Boga, ale także zaślubin dnia i nocy, ale także i światła”. Po staropolsku zarówno Boże Narodzenie, jak również okres do Trzech Króli nazywano godami lub godnymi świętami.Aby godnie przeżyć Święta Bożego Narodzenia mieszkańcy Mokrzysk przemierzali po kilka kilometrów do Szczepanowa po śniegu i mrozie, spiesząc na Roraty- mszę świętą odprawianą ku czci Najświętszej Marii Panny w okresie Adwentu.
Adwent – to czterotygodniowy okres przygotowania się przez modlitwę, post, udział w nabożeństwach do Świąt Bożego Narodzenia. W kościele katolickim rozpoczyna się również nowy rok Liturgiczny.

Pierwsze wzmianki o adwencie znajduje się w ustawach Soboru w Saragossie z 388 roku.

Msza święta zwana „roratnią” znana była w kościele katolickim już w XIII wieku. Nazwa pochodzi od pierwszych słów hymnu śpiewanego na rozpoczęcie nabożeństwa:

" RORATE COLEI DESUPER- SPUŚCIE ROSĘ NIEBIOSA „ Na ołtarzu pali się świeca zwana roratką.
Msza Święta roratnia była bardzo wcześnie w szczepanowskim kościele. Wychodzono więc bardzo wcześnie, aby przez zaśnieżone drogi i dróżki zdążyć na nabożeństwo, szli ludzie z Mokrzysk, Bucza, Przyborowa, Rysia. Szli mężczyźni ubrani w ciepłe kożuchy i baranie czapki, kobiety opatulone grubymi chustami zwanymi „barankami” czy ciepłymi pledami, młodzież i dzieci. Niektórzy w rękach nieśli latarnie, którymi oświetlano drogę.

Gdy spadł duży śnieg gospodarze Józef Gładysz, Barnaś Jan, Wielgosz Stanisław, drewnianymi pługami, które ciągnęły konie odśnieżali drogę do Szczepanowa. Nikt ich o to nie prosił, uważali to za swój obowiązek. (Szkoda, że dzisiaj brakuje takich ludzi).

Chętnie na Roraty chodziły dzieci. Jeżeli rodzice nie mogli z nimi pójść, oddawali je pod opiekę starszych osób. Często prowadzali je Barnaś Jan, Gładysz Józef, Gaczoł Walenty, Zachara Maria, Pluskwa Salomea, Woda Zofia, dalej ze środka wsi Styrnianki, Styrnowa Hanka, Maria Zachara zwana „Śpiwakówną:, Kobyłecka Karolka.
Na Roraty umawialiśmy się dzień wcześniej. Szliśmy większą grupą, zawsze staraliśmy się o to, żeby z nami szedł chłopak, albo ktoś z osób starszych. Baliśmy się przechodzić przez „ cholerne górki”, bo dość nasłuchaliśmy się różnych, niesamowitych opowiadań starszych ludzi w jesienne wieczory.

Mamy szyły nam mufki, w które wkładało się ręce, opatulały swoimi chustkami, chłopcom szyły ciepłe nauszniki i czapki. Pomimo tego nieraz porządnie się zmarzło. Ponieważ prosto z kościoła szło się do szkoły, zabierało się teczkę, a w niej śniadanie- chleb posmarowany smalcem lub masłem. Często brnęło się w śniegu po kolana.

Kościół szczepanowski tonął w roku, oświetlony świeczkami na głównym ołtarzu. Przed rozpoczęciem nabożeństwa p kościelny Kądziołka zapalał świeczki na świeczniku ( odnowiony spełnia rolę po dzień dzisiejszy) i w kościele robiło się jaśniej. Chociaż kościół wionął chłodem nikt nie narzekał, po drodze umawialiśmy się na następny dzień. Cieszyliśmy się, że niedługo Swięta.

W okresie Adwentu obchodzimy: św. Barbary-patronki górników, św. Mikołaja-biskupa, św. Łucji.
Świętej Łucji przypada na 13 grudnia, a dzień ten uważany jest za najkrótszy dzień roku, za porę graniczną między tym co było i tym co będzie. Od tego dnia bacznie obserwowano pogodę i odpowiednio ją znaczono- każdy następny dzień wróżył pogodę na następny miesiąc. Zwyczaj ten kultywowany jest przez wielu mieszkańców do czasów obecnych.

 

Powszechne w danych czasach było przekonanie, że bardzo długa noc sprzyja praktykom czarownic i guślarzy, którzy , mogą zaszkodzić ludziom i zwierzętom, dlatego tez kadzono szopy, obory ziołami święconymi wcześniej w kościele. Dawano zwierzętom pić wywary z ziół, aby czarownice nie odebrały im mleka.

Od św. Łucji rozpoczynał się okres przygotowań domów na Święta. Sposobiono Potrzebne do Wigilii produkty, młócono zboże, które następnie mielono początkowo w żarnach, potem w młynkach, przygotowywano proste ozdoby na zielone gałązki, przeglądano i czyszczono odzież świąteczną.

Zarówno bogaci jak i biedni zastanawiali się co sprzedać z inwentarza aby sprawić święta. Udawano się saniami, wozami i pieszo na jarmarki do Szczurowej czy Brzeska. Kobiety wiozły lub niosły w koszykach jajka, masło, sery, kokoszkę lub koguta, bogatsi świnki. Gospodynie kupowały przyprawy do ciasta, śledzie u Żyda.

Dzieci zajmowały się robieniem łańcuchów z kolorowej bibuły, słomy, wycinano aniołki z tektury i gwiazdki, które w latach późniejszych oblepiano kolorowym staniolem. Chłopcy szykowali szopki, starsi kawalerowie „ turonia” i inne rekwizyty związane z kolędą.

Bardzo przeżywano dzień, w którym do domy przychodził organista i przynosił piękne opłatki.
Nasze babcie i mamy w nieckach rozrabiały ciasto, do którego dodawały orzechy, cynamon, goździki i piekły z niego ciastka, które później wieszano na drzewku. Pieczono je w piecach zwanych chlebowcami. Cały dom pachniał ich aromatem a dzieci z niecierpliwością czekały na pierwsze wypieki. Zwyczaj ten kultywowany jest nadal w tradycyjnych rodzinach w Morzyskach- dom ma pachnieć na Święta świątecznymi wypiekami.

Każdy kolejny dzień Adwentu zbliżał ludzi do przeżycia najpiękniejszego, niezwykłego dnia i wieczoru, w którym przypada Wigilia Świąt Bożego Narodzenia.

Zbliżała się Wigilia.
W Morzyskach zachował się zwyczaj, że w noc poprzedzającą Wigilię urządzano tzw. „despotkę”. Swoim początkiem sięga ona ponoć czasów Potopu Szwedzkiego. Starzy ludzie opowiadali, że Szwedzi chcąc przeszkodzić mieszkańcom Mokrzysk i nie tylko w pójściu na pasterkę wyciągali im różny dobytek z obejść gospodarskich, robili nieporządek w obejściach a potem kazali to uprzątnąć. Trzeba to było zrobić z uwagi na zbliżające się Święta. Zmarznięci i zmęczeni dodatkową pracą ludzie nie mieli siły iść później na pasterkę.

Potem już tak zostało, że to sąsiedzi bliżsi lub dalsi wywlekali sobie wozy, drabiny, inny sprzęt na kalenice dachów oraz poza obejścia gospodarskie. Zwyczaj ten jest nadal kultywowany lecz w nieco innej oprawie.

Słowem Wigilia w kościele określa się dni poprzedzające wszystkie ważniejsze święta religijne. W polskiej tradycji i obyczaju świątecznym nazwa ta zrosła się głównie z dniem 24 grudnia, dniem poprzedzającym Boże Narodzenie. Uroczystości wigilijne wprowadzone zostały do kalendarza liturgicznego w VI wieku, dwieście lat później niż Boże Narodzenie.

Wigilię polską po dzień dzisiejszy cechuje pełne emocji wielkie oczekiwanie na Święta Bożego Narodzenia i niepowtarzalną atmosferę domową. Wigilia mająca niezliczone tradycje rodzinne i domowe przekazywane z pokolenia na pokolenie , w wielu domach kultywowane i zachowywane z wielką starannością i pieczołowitością, stała się u nas wielkim, niezwykłym, cudownym świętem rodzinnym.
Polacy świętowali swoje wigilie jak mogli uroczyście, zarówno w latach dostatku i biedy, w czasach pokoju i wojen, w latach niewoli, zaborów, na zesłaniu, dalekiej Syberii, w piaskach pustyni, na frontach wojen, tułaczce, więzieniach.
Były i są wigilie radosne i smutne, dobre i złe, ale obchodzimy je zawsze według polskiej starej tradycji.

Z rozrzewnieniem wspominamy tamte chociaż biedniejsze sprzed lat, kiedy to późnym popołudniem ojciec przynosił do domu snopy zboża, stawiane w kątach izby, a na stole nakrytym najlepszym białym obrusem kładziono sianko, na którym położone były opłatki. Gospodarz wnosząc snop do domu mówił „ na zdrowie, na urodzaj i dobrobyt, na to Boże Narodzenie oby Wam się darzyło i mnożyło.”

Polepy, później podłogi domów wyścielano słomą. Na słomie człowiek się rodzi i umiera mówiono. Słomę rozścielano również dla wygody dusz, które według wierzeń w tym dniu były między ludźmi.

Warto tutaj zaznaczyć, że w przeszłości wszystkim umieszczanym świątecznym przystrojom przypisywane są ważne treści symboliczne. Snopy symbolizowały pasterzy, którzy byli pierwsi przy narodzinach Jezusa, sianko przecież Maryja podłożyła Mu je pod główkę, słoma rozścielona na podłodze- ubogie narodzenie Boga w stajence.

W Wigilię należało wstać ja najwcześniej i umyć się w zimnej wodzie, najlepiej w strumyku lub rzece, bo to gwarantowało zdrowie i sprawność fizyczną na cały rok.

Nad stołem wigilijnym u tragarza domu wieszano rozwidlony czubek świerku częściej sosny, zwany u nas pospolicie drzewkiem. Wieszano na nim wcześniej przygotowane ozdoby ze słomy i bibuły, kolorowe małe jabłuszka, orzechy i pieczone ciastka, aniołki, gwiazdki wykonane własnoręcznie.

Wierzono, że wiszące pod sufitem drzewko nie tylko stroi dom i pięknie pachnie, ale posiada również właściwości dobroczynne, chroni od nieszczęść i chorób, zapewnia dostatek oraz zgodę i miłość w rodzinie, a pannom na wydaniu szybkie i udane małżeństwo.
Wyschniętego drzewka nigdy nie wyrzucano jako śmiecia, lecz pokruszone cząstki dawano do karmy zwierzętom lub zakopywano w bruzdach na urodzaj.

W naszej wiosce zwyczaj wiszących drzewek utrzymywał się do lat 50-60 XX wieku. Dopiero kiedy zaczęto budować większe domy, drzewka które w miastach nazywano choinkami zaczęto ustawiać na podłodze, stołach lub ławkach.

Po drzewka chodzili najstarsi chłopcy rodziny. Było to trudne zadanie, bo trzeba było iść kilka kilometrów po zaspach i jeszcze bać się leśniczego. Szli do Łachmańca czy Bratucickiego lasu chłopcy od Wodów, Ciurusiów, Sorotów, Barnasiów, Turlejów, Wójcików, Zacharów. Przychodzili zmarznięci, przynosząc ośnieżone drzewka i opowiadając swoje przeżycia.
„Drzewko-było w dary konkretne, zasobne i chodzić mogłeś koło niego bracie trzy dni i objadać się gruntownie. Poza świeczkami i lepionymi w domu łańcuchami z różnokolorowego papieru, wszystko tam można było w gębę włożyć. Od góry do dołu czerwieniły „ pepinki” małe kolorowe jabłuszka zawieszone na różnobarwnych włóczkach, Równie obficie wisiały pierniki, złocone i srebrzone orzechy i duże cukierki „ kri-kri”, w papierowych koszyczkach znajdowałeś człowieku figi. Doskonałości te zrywało się na miejscu i rozdzielało pomiędzy parobczańską dziatwę”. ( Melchior Wańkowicz, Szczenięce Lata)

Obecnie we wszystkich domach króluje pięknie ubrana choinka, ustrojona kupionymi w sklepie sztucznymi ozdobami, tak mało przypominająca dawne urocze, pachnące aromatem ciasteczek i jabłek drzewko.
Dawniej w Wigilię nie należało wszczynać kłótni, wyrządzać przykrości, wykręcać się od obowiązków. Powiadano bowiem „jaka Wigilia, taki cały rok”. W tym dniu nie należało niczego pożyczać sąsiadom, aby dostatek i dobra materialne nie opuszczały domu.

Powszechnym zwyczajem były natomiast drobne kradzieże- dla żartu, przedmioty te były oddawane ze śmiechem właścicielom. Sprawca takiej kradzieży mógł liczyć na szczęście i powodzenie w Nowym Roku.
Cudowność dnia i nocy wigilijnej, znajdowała odbicie w rozlicznych znanych wierzeniach, które długo utrzymywały się w tradycji. Wierzono, że w Wigilię Bożego Narodzenia dusze zmarłych z łaski Bożej opuszczają zaświaty i niewidzialne przebywają między ludźmi. Dlatego też gospodynie nie chlustały w tym dniu pomyjami, nie przędły, nie cięto sieczki, nie szyto, aby gwałtownymi ruchami nie spłoszyć duszyczki.

Gdy gospodyni chciała wylać pomyje mówiła wcześniej „ uciekajcie wszystkie dusze bo ja wodę wylać muszę”.

Należało także zostawić uchylone drzwi, aby dusze bez przeszkód mogły wejść do izby. W niedalekiej jeszcze przeszłości nasze babcie i dziadkowie, pamiętam ja robiła to moja babcia Wolnikowa, chcąc usiąść na ławie, czy krześle dmuchała na nie mówiąc przy tym ”posuń się duszyczko”. Na jedną miskę na stole każdy oddawał trochę jedzenia dla duszyczek.

Nasze babcie i mamy przykrywały stół najlepszym obrusem, na który kładziono sianko a na nim opłatki.

Był też zwyczaj, że na obrus sypano ziarna zbóż, grochu, maku- na dobry urodzaj. Na kuchni gotowała się kapusta z grzybami, groch, kasza jęczmienna czy jaglana, ziemniaki i pierogi z postnym nadzieniem, kluski z makiem oraz kompot z suszonych jabłek, śliwek i gruszek.

Gdy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, której z niecierpliwością wypatrywały dzieci zasiadano do wieczerzy wigilijnej. Na ten wieczór wszyscy ubierali się odświętnie. Gospodarz domu brała do ręki opłatek, czynił znak krzyża i życzył całemu domowi dobrego i życzono sobie nawzajem. Potem zasiadano do stołu, na którym w miskach znajdowały się wcześniej wymienione potrawy wigilijne. Jedzenie brano według starszeństwa: najpierw gospodarz, starsi rodzice, potem dzieci a na końcu gospodyni.

Na stole wigilijnym nie mogło zabraknąć maku. Podawano go więc z kluskami lub w upieczonym cieście.

Symbolika makówki i ziarenka maku jest bardzo rozległa. Wierzono, że mak jest symbolem płodności, symbolem snu i łagodnego umierania. Przy stole nie mogło również zasiadać 13 osób, dlatego tez zapraszano ubogich. Zwyczaj ten kultywowany jest nadal w wielu tradycyjnych domach.

Po wieczerzy śpiewano kolędy i wspominano o tych co odeszli i o dawnych czasach. Zbierano resztki jedzenia dla zwierząt. Wierzono, że w tę jedyną noc, zwierzęta o północy, na chwilę klękają przy żłobach, aby uczcić Boże Narodzenie i mogą mówić ludzkim głosem.

Pamiętam, jak mój ojciec Ludwik Kania, a także inni gospodarze Gładysz Jan, Zachara Jan, Barnaś Jan, Wójcik Władysław, Kołodziej Stanisław, Wielgosz Stanisław i inni po wieczerzy zabierali różowy opłatek przeznaczony specjalnie dla bydła, zapalali latarnię i udawali się do stajni. Szły z nimi i dzieci, które chciały usłyszeć co będą mówić zwierzęta. Ojciec podawał bydłu opłatek, mówił do nich, podawał również resztki z wieczerzy oraz pajdę chleba. Tuliliśmy się do ojca ponieważ ogarniał nas strach i często zasypialiśmy tak przytuleni, nie doczekując tej chwili.

„W noc grudniową śnieżyca,
Wiatr z północnej dmie strony
Tylko światło księżyca
Przez chmur pada zasłony.

Wyją wilki po lesie
Drży bór głuchy-sosnowy,
A wichura w dal niesie,
Grozą nocy zimowej.

W tę noc ciemną i mroźną,

Co kir czarny rozpina,
Drogą śnieżną i mroźną
Idzie mała dziecina
I podnosi rączęta

Ponad jasne swe czoło
Błogosławi ptaszęta
I lud wszelki i sioło.

I te chaty wieśniacze
I te lasy i drzewa
I to dziecię co płacze

I to dziecię co śpiewa.
I tak kojąc ich smutki
Z jasną gwiazdką nad głową
Przechodzi Jezus malutki

 

W te noc ciemną-grudniową.”

( Wiersza tego uczyła zaraz po wojnie Pani Podusowska)

Po Wigilii sposobiono się też do pójścia na Pasterkę do kościoła w Szczepanowie. Z każdego domu wychodzili ludzie, w domu zostawali tylko starzy ludzie oraz małe dzieci. Więksi gospodarze zaprzęgali konie w sanie, i z radosnym dźwiękiem dzwonków udawali się do kościoła. Gwarno i wesoło było na drogach i dróżkach, mróz skrzypiał pod nogami, a ludzie idąc bacznie obserwowali pogodę. Powszechnie uważano, że jak Jutrznia jasna- stodoła ciasna, jak Gody ciemne-stodoły widne (puste). Gospodarze, którzy udawali się na Pasterkę starali się dojść pierwsi, bo to zapewniało powodzenie w pracach gospodarskich.
Kościół szczepanowski po brzegi wypełniony był ludźmi z Bucza, Mokrzysk, Wojkowic, Przyborowa, Grądów, Kosiarni, Łęk, Dziekanowa, Szczepanowa. Gdy organista pan Alojzy Kotniewicz zaśpiewał „ Wśród nocnej ciszy” zdawało się że mury kościoła drżą w posadach, podobnie na zakończenie pasterki „ Z narodzenia Pana”. Tak śpiewała młodzież męska, mężczyźni, nikt się nie wstydził głośno śpiewać i cieszyć z Narodzin Jezusa. Każdy cieszył się tą chwilą i oddawał cześć Bogu jak umiał najlepiej. Starsi kawalerowie śpiewali również kolędy w drodze powrotnej z kościoła jeszcze w latach 60-70 XX wieku

Na cześć narodzonego Jezusa układano urocze kolędy o wątkach wziętych z życia codziennego, nazwane pastorałkami.

„ Jak mu ofiaruje dwie miareczki
Najpiękniejszej mąki na kluseczki
Szymek jedna torbę suchych gruszek
I mleka do garnuszek."

Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, pierwsze i najważniejsze święto „Godnych Świąt- Godów”, upływało w atmosferze powagi i skupienia, spędzano je w domu, w gronie najbliższej rodziny.

Za czasów naszych babć i rodziców bardzo przestrzegano, aby w tym dniu nie wykonywać żadnych prac. Zadaniem gospodarza było aby przed Wigilią było przygotowane wszystko do obrządku zwierząt, naniesione drwa i woda. Nie sprzątano tez izby. Nie urządzano w tym dniu wesel, ani hucznych zabawa, nie odwiedzano rodziny ani sąsiadów ponieważ uważano, że nie godzi się tego dnia zakłócać niczym spokoju i pobożnej powagi domów.

Dotychczas w wielu domach w Morzyskach pierwszy dzień Świąt Bożego Narodz
enia spędza się w gronie najbliższej rodziny, wizyty odkładając na następny dzień. W wielu rodzinach opowiada się o tych, którzy odeszli, o przodkach, o tym jak to dawniej obchodzono Święta, o smutnych i radosnych chwilach jakie były w rodzinie, śpiewa się kolędy, pastorałki lub słucha ich nagrań.Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, dzień Świętego Szczepana rozpoczynał okres radości. W tym dniu podczas mszy święcono w kościele owies, którym z chóru sypano zarówno księdza, organistę, kościelnego i siebie nawzajem.

Mówiono, że to na pamiątkę męczeńskiej śmierci Świętego Szczepana. Kawalerowie nie przepuścili żadnej pannie. Młodsi chłopcy odwiedzali domy, wchodząc sypali owsem i wykrzykiwali:

„Na szczęście , na zdrowie,
Na ten Święty Szczepan,
Żeby wam się rodziła kapusta i rzepa
Ziemniaki jak pnioki,
Żyto jak koryto,
Pszenica jak rękawica,
Owiesek jak pański piesek.
Na szczęście, na zdrowie,
Na to Boże Narodzenie,
Zęby wam się darzyło
W oborze i komorze
Co daj Panie Boże.”

Dawano im w dawnych czasach kołacz, potem parę halerzy, a następnie złotych. Poświęconym owsem gospodarze obsypywali drzewa owocowe, żeby dobrze rodziły, dawano zwierzętom do jedzenia, co uchronić je miało przed chorobami.

Rozpoczynały się odwiedziny i wspólna gościna. Zachował się zwyczaj, że panny po uprzątnięciu izby wynosiły śmiecie za stodołę i patrzyły, w którą stronę poniesie je wiatr, stamtąd miał przyjść kawaler.

Od drugiego dnia Świąt, które zwano „szczodrymi dniami” przychodzili do domów kolędnicy. Były to kilkuosobowe grupy dzieci i młodzieży, przebranych za pasterzy, aniołów. Pasterz niósł gwiazdę, inny kolędnik szopkę z tektury czy deseczek z daszkiem ze słomy z Jezusem, Maryją, Józefem pośrodku. Wchodząc do domu pozdrawiali gospodarzy, wygłaszali lub wyśpiewywali życzenia powodzenia i zdrowia.

„ Oby wam się w domu darzyło
Chorób żadnych nie było,
Aby się dobrze chowało w oborze ,
By niczego nie brakowało w komorze,
Co daj Panie Boże.”

Niekiedy odgrywali małe scenki, śpiewali kolędy. Na koniec prosili o datek. Z ukłonem za nie pięknie dziękowali i wychwalali hojność gospodarzy.

„Wiwat, wiwat już idziemy,
Za kolędę dziękujemy,
Przez Narodzenie Jezusa
Będzie w niebie wasza dusza królować.”


Kolędnicy chodzili z gwiazdą do Trzech Króli, przyjmowano ich wszędzie, gdyż wierzono, że przynoszą oni szczęście domowi i domownikom.
W kościele oczywiście stała szopka, do której przychodziły dzieci, które miały się w dawnych czasach w co ubrać.

Tak wspomina tamta szopkę moja siostra Józefa Kania-Dudek:

„ Pamiętam w szczepanowskim kościele, taką przepiękną, prostą szopkę, która stała w kaplicy Św. Teresy. Była to maleńka stajenka, kryta słoma. W niej stał malusieńki żłobek z siankiem i Jezuskiem w różowej sukience, Matka Boska, Św. Józef, pastuszkowie i owieczki. Przed ta maluśką szopką stał aniołek, który kiwał główką, gdy mu się wrzuciło pieniążka. Tą małą szopkę widzę do dziś. Nie była oświetlona tak jak obecne szopki kolorowymi lampkami, a jednak była to najpiękniejsza szopka mojego dzieciństwa. Widziałam potem wiele wspaniałych szopek w krakowskich kościołach i ruchomą w kościele Kapucynów, ale ta była mi najmilsza i najbliższa mojemu sercu.”

Dziś kiedy po latach wspominam chwile mojego dzieciństwa, ciężkie lata wojenne i powojenne, lata biedy, niedostatku, uświadamiam sobie jednocześnie, że umieliśmy się wtedy cieszyć z małych rzeczy, przeżywać najmniejsze radości, szczęśliwe chwile, być ze sobą ze swoimi rówieśnikami i dzielić się tym co się miało. Nasze mamy umiały rozmawiać ze sobą, spotykać się z sąsiadkami w niedzielne popołudnia. Myślę często, kto i ci nas tak bardzo zmieniło? Dlaczego dzieci nie umieją się dzisiaj cieszyć małą rzeczą. Niby mamy wszystko, a stajemy się coraz ubożsi w radość i miłość, wiarę. Zatraciliśmy się w tym bogatym świecie.

Był też w Morzyskach zwyczaj, że w szczodre dni kawalerowie chodzili z „ turoniem”. Głowę czyli maskę turonia z ociosanego drzewa obijano futrem, najczęściej baranim, mocowano do niego prawdziwe rogi zwierzęce. Paszczę wykładano jaskrawym materiałem i mocowano w niej gruby sukienny czerwony język. Tak przygotowaną głowę osadzano na mocnym, grubym drągu. Ponieważ była ona ciężką nosił ja najsilniejszy kolędnik, który ukryty był pod zarzucona na plecy derką. Turoniowi towarzyszył Dziad, Cygan, Żyd w chałacie, śmierć z kosą. Gdy „turoń” wyczyniał swoje harce, żyd targował się z gospodynią, chwalił turonia i zachęcał do jego kupna, cygan próbował w międzyczasie coś ukraść. Żyd dziwił się temu wszystkiemu i mówił:

„ My starego Pana Boga jak należy umiem,
Ale tego maleńkiego, wcale nie rozumiem.”

Często kolędnicy z turoniem odgrywali krótkie scenki związane z narodzeniem Jezusa. Kiedy jeszcze nie było elektryczności, świecono lampkami, dzieci bardzo bały się turonia, śmierci, Żyda i Cygana. Kolędników w bogatych domach, szczególnie tam gdzie były panny goszczono, nieraz grała muzyka i bawiono się. Kolędnicy odchodząc śpiewali:

„ Za kolędę dziękujemy,
Zdrowia, szczęścia wienszujemy
Na ten Nowy Rok.”

Z „turoniem” chodzili: Ciurusie od Antoniego, Zacharki z dołu od Jana, Michał Woda od Zofii, Soroty od Józefa, Tuleje od Stanisława, Wyczesany Władysław i Kazimierz, Wąsiki ze Stanisławem Cisakiem, Pacura Kazimierz i Tadeusz. ( Wymieniam tych, których pamiętam)

W okresie od Świąt do lutego odgrywano w Morzyskach jasełka. Przedstawienia zwane Jasełkami, znane były także w innych krajach Europy, we Włoszech i Francji, Już w średniowieczu rozpowszechnili je tam Franciszkanie. Legenda głosi, że zapoczątkował je sam Św. Franciszek z Asyżu. On to w 1223 roku, w noc Bożego Narodzenia, na leśnej polanie ustawił oświetlony pochodniami żłobek i poprowadził uroczystą procesję, aby wraz z innymi zakonnikami i wiernymi modlić się i cieszyć z całym światem z narodzin Jezusa. Obyczaj adoracji Jezusa w żłobku przeniesiono potniej do franciszkańskich kościołów, w których urządzano przedstawienia o Bożym Narodzeniu.

Także w Polsce, w przyklasztornych kościołach w okresie świątecznym ustawiano żłobki lub kolebki z figurką Jezusa, Świętą Rodzina i Trzech Króli. Z czasem ukryci za zasłona zakonnicy zaczęli poruszać figurkami w takt śpiewanych kolęd i tak narodziły się przedstawienia, jasełka kościelne.

W Polsce wystawiano je przez kilkaset lat w kościołach Franciszkanów i Bernardynów w Warszawie i Krakowie. Kosztowało to wiele pracy, często rekwizyty do jasełek fundowali królowie i magnaci polscy.

Najstarsze w Polsce, trzy figurki z szopki kościelnej, pochodzące z XIV wiecznego kompletu znajdują się w Krakowie w kościele Klarysek pod wezwaniem Św. Andrzeja. Prawdopodobnie ufundowała je Elżbieta córka króla Władysława Łokietka, królowa węgierska, od 1370 roku królowa regentka polska.

W przedstawieniach kościelnych oprócz wątków religijnych, z czasem zaczęły pojawiać się sceny zaczerpnięte z życia, patriotyczne. Przedstawienia te cieszyły się wielkim powodzeniem i przyciągały tłumy widzów. Z czasem jednak zaniechano urządzania jasełek w kościołach, a na ich miejsce wprowadzono szopki, które po dzień dzisiejszy oglądamy w kościołach. Usunięte z kościołów jasełka zachowały się natomiast w polskich obchodach kolędniczych. Jasełka były swoistą opowieścią o narodzinach Jezusa w Betlejem, o radości ludzi dobrej woli, pokłonie Trzech Króli, Herodzie i jego zbrodniach oraz śmierci.

W Morzyskach Jasełka zaczęto wystawiać od czasów, kiedy w starej szkole, jedna z klas została udostępniona na świetlicę, dla drużyny Strzelca. Wtedy młodzież męska i żeńska przy pomocy nauczycieli wystawiała jasełka: Smulski Karol, Żurek Karol, Kołodzieje Bronisław i Stanisław, Turlej Władysław, Cisak Maria, Woda Michał to tylko niektóre nazwiska osób które występowały w Jasełkach.

Potem, kiedy odkupiono tzw. „Ksendrówkę”, bywało tak, że jedni wystawiali jasełka w starej szkole, a inna grupa na ksendrówce. Młodzież przebierała się za postaci biblijne: pasterzy, aniołów, Heroda, śmierć, Trzech Króli ze świtą. Były też sceny wesołe. Na jasełka zapraszano księdza Mędralę i księży wikarych, organistę, kierownika szkoły, nauczycieli, wójta.

Na Buczu w starej szkole w 1937 roku jasełka przygotowywał z młodzieżą, która należała do Strzelca mój ojciec Ludwik Kania.

W okresie świątecznym chodził też po kolędzie ksiądz, odwiedzał domy w Morzyskach ksiądz Mędrala Władysław, zaraz po wojnie ks. Piotr Olender, ks. Piotr Bednarczyk późniejszy biskup tarnowski, ks. Kazimierz Ocytko. Księdzu towarzyszył organista, który na drzwiach izby kredą wypisywał imiona Trzech Króli i rok K+M+B+ 1956.

Ludzie dawniej bardzo przeżywali kolędę, dzieci cieszyły się obrazkami, które dostawały od księdza. Jeżeli w domu były panny, każda starała się stać jak najbliżej księdza, aby potem zająć pierwsza jego miejsce. Wróżyło jej to powodzenie u chłopców i szybkie zamążpójście.

Był też zwyczaj, że w Święto Trzech Króli święcono mirrę, kadzidło i złoto, na pamiątkę trzech mędrców, którzy przybyli pokłonić się Jezusowi i przynieśli mu dary. Po przyjściu z kościoła palono na płycie pieca jałowiec i ziela, woń ich zabijać mała wszelką zarazę i służyć miała zdrowiu. Złoto zapewniało dostatek i dobrobyt , kredą pocierano zęby i dziąsła.

Święto Trzech Króli kończyło okres świąteczny zwany „ Godami”.

„ Na Wigilię, na Święta, na Rok Nowy
Życzenia szczęścia znów nad światem mkną.
Niech noc truchleje, a nadziei płomyk
Niechaj ogrzeje ciepłem swym Twój dom.
Jak sople lodu niech topnieją smutki,
Niech w sercu pokój i radość zagości.
Tak wiele życzeń noc ta może ziścić.
Ta noc, w której księżyc świeci bochnem łamanego chleba…”

Maria Góra

(emerytowana nauczycielka z Morzysk).

Początek strony